czwartek, 26 maja 2016

My diet eatting-czyli co jem na co dzień

Jak wiecie nie tylko ćwiczenia budują sylwetkę. Bo co nam po ćwiczeniach, jak po treningu zjemy kebaba? Ano nic. Strata czasu. Właśnie, dlatego podstawą zdrowego trybu życia (a także ćwiczeń) jest dieta!! I to nie raz na dwa dni. Tylko stałość w niej. I nie głodówki. Bo to nie tędy droga. Znaczy ścieżka, ale do efektu jojo. Niestety większość myśli, że pominięcie jakiegoś posiłku jest zdrowe. Albo, iż odchudzi nas szybciej. Prawidłowo powinno się jeść 5 posiłków dziennie. Nie jestem dietetykiem, a każdy z was to wie. Więc nie będę robić wykładu na pół strony o tym jak to jest ważne. Przedstawię wam co ja jem. Zaczynamy!
Śniadanie:
Zazwyczaj pałatki owsiane, na sojowym mleku. Z dodatkiem jagód goi, świeżych owoców. Typu banany, truskawki. Do picia herbata zielona. Yerba Mate. O|oryginalna z Argentyny. Specjalnie sprowadzana. Ze sklepu internetowego. Jeśli idzie o zieloną herbatę, Mate pije ją już od 10 lat. Albo nawet dłużej. Tak jak cała moja rodzina. Pierwsza oryginalna Argentyńska Yerba została przywieziona z Argentyny. Z wycieczki. Wcześniej piliśmy te z Five O'clock. Dopiero później przerzuciliśmy się na zakupy internetowe. Po wypróbowaniu tych z Argentyny.

Drugie śniadanie:
Zlinczujcie mnie, ale to tylko kawa. Bez niczego. Czysta naturalna. Z palarni z wyspy Costa Rica. Również poznana dzięki wycieczce. 

Obiad:
Łosoś, albo jakaś inna ryba. Bez sosu. Robiona na parze. Z sałatą. Również bez sosu. Zero ziemniaków, ryżu, kasz i tym podobnych. 

Podwieczorek/kolacja:
Koktajl owocowy. Albo sama sałata. Również sushi od czasu do czasu. Czasami grejpfrut. 

A przed ćwiczeniami:
Wiadomo, że shake proteinowy. W trakcie dużo wody. Shake robię na najniżej procentowym mleku. 0,5%. Na samej wodzie, czyli wersja najmniej kaloryczna jest paskudna. Nie do wypicia. Nigdy nie jem po ćwiczeniach. To również warto dodać.

Także jak widzicie jakoś za specjalnie nie przestrzegam 5 posiłków dziennie. Tak wiem nie zdrowo. No, ale nie jestem ideałem. Jak każdy z nas. Jednak dbam o zdrowe odżywianie. to znaczy unikam węglowodanów. Nie ulegam pokusą, jakie czają się na każdym kroku. Innymi słowy restrykcyjnie przestrzegam swojej diety. I dbam o formę. Od czasu do czasu skuszę się na cappuccino! :-) Najgorzej jest jak kuszą słodycze. A zawłaszcza lody. Jednak nie daje się. Mówią, że życie jest za krótkie by sobie przyjemności odmawiać. Jednak na przyjemności przyjdzie czas później. Teraz jest ciężka praca. I prowadzanie fit lifestyle. 
P.S. Jak pisałam w poprzednich postach jestem w trakcie HIIT, które wykonuje 5 razy w tygodniu. A także dołączam do tego squad z obciążnikami 3kg na rękę. Plus brzuszki. 3 serie po 15 minut. Każdego wieczora po 18 albo 19 zaczynam mój 2-1,5 godzinny trening. I oczywiście 2 dni przerwy w tygodniu na regeneracje. Na koniec czerwca podzielę się z wami efektami. Pierwszymi.
A dziś korzystam ze słońca i dnia wolnego!

Trzymajcie się ciepło! I korzystajcie ze słońca!      




Zapraszam na swoje konto na isntagramie wystarczy kliknąć Instagram i bum ! 



Follow my blog with Bloglovin


wtorek, 24 maja 2016

HIIT-high-intesity interval training

Jak wiecie regularnie, czyli co miesiąc kupuję sobie Bazaar. Polską edycję. Tak już od 3 lat. W każdym razie, nie o tym. Ostatnio w numerze na czerwiec natknęłam się na dość ciekawy artykuł. O treningu interwałowym. Czemu wam o tym chcę powiedzieć? Otóż ten o to trening, pozwala spalać nam 1000 kalorii na godzinę!! Brzmi jak jakaś nierealna bajka. Albo coś. Jednak to prawda. Tak na prawdę to o co w tym chodzi.
HIIT-high intesity interval training, (poprawna nazwa tego treningu) polega na zmienianiu intensywności treningu. Czyli raz na wysokich obrotach raz, na niższych. Po takim interwałowym treningu spalamy dwa razy więcej kalorii niż po zwykłym bieganiu w stałym tempie. Do tego wyszczuplamy sobie brzuch i likwidujemy "wałek". Jednak to nie koniec plusów. Gdyż po treningu nasze ciało nadal spala kalorię. Czyli nasz organizm nie odpoczywa. Podczas gdy my po intensywnym treningu leżymy plackiem na kanapie. Organizm pracuje. Hit? Niestety, każdy hit ma swój kit. W tym wypadku nadużywanie HIIT, powoduje szybsze starzenie. Czyli tak zwany runners face. Innymi słowy dłużej niż parę miesięcy tego typu ćwiczeń- szybsza starość. Wiotka cera. I takie tam inne mankamenty, które wymagają później wypełniania. Plus dochodzą do tego preferencje zdrowotne. Żadnej cukrzycy, chorób serca, problemów z tarczycą. Także nie dla każdego taki rodzaj ćwiczeń.
Jak powinno wyglądać HIIT?
1. 60 sekund interwałów 180 sekund przerwy! I znowu powtarzamy.
2. Najważniejsze:
NIE PRZESADZAĆ Z ĆWICZENIAMI!!!

A teraz moje zadnie na ten temat. Cóż brzmi ciekawie. I na pewno nie zamierzam przejść obok tego obojętnie. Tak jak zalecają dwa do trzech razy w tygodniu można taki trening wykonywać. W końcu mój aktywny tryb życia ewoluuje teraz na nowy poziom ćwiczeń. Poza tym jestem ciekawa reakcji mojego organizmu na tego typu wysiłek. Oczywiście w tym wypadku zamierzam dawkować sobie wysiłek. Czyli nie od razu Rzym zbudowano. W końcu nie mam ochoty skończyć z omdleniem. Druga sprawa, nadal zamierzam utrzymać swoje restrykcje żywieniowe. W końcu nie ma efektów ćwiczeń bez odpowiedniej diety. Jak będę się czuła po tego typu treningach opiszę wam w późniejszych blogach.


Poza tym postanowiłam wypróbować kolejny koktajl. A raczej dwa. Same truskawki. Nie słodzone. Zmiksowane i na zimno. A także koktajl brazylijski z przepisów Beaty Pawlikowskiej. Z czego składa się ten smoothie:
1 łyżka płatków owsianych
1 łyżka migdałów nie solonych
niecała szklanka wody
1 banan
1 łyżka guarany
Ja dodałam do tego łyżkę mleka sojowego. Z racji takiej iż chciałam je zużyć do końca. Oczywiście zawsze stawiam na wersje zdrową lub wegańska tych koktajli. Nigdy na oryginał z racji zbyty dużej ilości kalorii.
A co najważniejsze w mieście gdzie się urodziłam otworzyła się kawiarnia, która serwuje bezglutenowe, wegańskie i przede wszystkim zdrowe wypieki. A także koktajle. "Przytulana", nazywa się ta kawiarnia. Niestety takowej cukierni będzie brakowało mi w Niemczech… Z racji takiej iż stawiam na fit style. Czyli czeka mnie wyzwanie kulinarne. I gotowanie wege i nie tylko!







Całusy i trzymajcie się FIT! 

Zainteresowanych co do tej kawiarni odsyłam na Facebook (link poniżej)






Follow my blog with Bloglovin


niedziela, 22 maja 2016

Płynne szczęście-fit lifestyle

Jako, że diety i brak cheatów bywają trudne. A coraz częściej zaczęłam słyszeć iż robię się zasuszona. I te ciągłe komentarze zjedz coś słodkiego. Na szczęście nie złamałam się. I… Tu zapraszam na historię, jak poprawić sobie humor. Bez słodyczy. 
Ostatnio na imieniny dostałam ciekawą książkę. Jak zapewne wiecie korzystam z kalendarza Beaty Pawlikowskiej. I właśnie jej książkę dostałam, "Soki i koktajle świata". I tak właśnie zaczyna się kolejny etap mojej zdrowej metamorfozy. Otóż teraz na kolację robię sobie tylko i wyłącznie te owe koktajle. Nic więcej. I powiem wam, iż bardzo orzeźwiają. Poprawiają nastrój. I zgadzam się z autorką, iż ludzie mieszkający w tropikach mają zawsze świetny humor. Bo piją same zdrowe koktajle z świeżych owoców. Tak i ja postanowiłam. Jako, że najlepsze owoce można u nas dostać albo na bazarze lub w małym warzywniaku, to tylko tam się zaopatruje. I w ten sposób każdego dnia będę próbować co nowego orzeźwiającego soku. Moje płynne szczęście.
Kolejnym krokiem jest włączenie w dietę jagody goi. Do musli, samego naturalnego jogurtu. Czy też jako przekąska. Nie jestem zwolennikiem tabletek z zawartością jagód goi. Nie mam przekonania. Jak dla mnie nie ma magicznej tabletki. Dlatego nie polecam wam, żadnych specyfików na odchudzanie. Herbatek i tym podobnych.  Lepiej dojść do wszystkiego zdrową dietą i ćwiczeniami.
Teraz o tym jak działa mój odtruwany organizm. Na pewno 1000 razy lepiej. Wiadomo mam gorsze i lepsze dni. Jednak nie łamie się. Bo to również próba charakteru. Wiele razy szukałam różnych diet ekspresowych. Głodówki. Same ćwiczenia. A po paru dniach szło to do lamusa. Obsesyjną pogoń za wagą mam już za sobą. Teraz wszystko powoli i z głową.
Jak mój organizm reaguje na ten detoks od cukru i innych tuczących rzeczy? Bardzo dobrze. Czuje się wspaniale mam więcej pozytywnej energii. Nie przejmuje się już bzdurami. Po prostu robię swoje. Oczywiście ciągle rozważam czy zainwestować w nowe szpilki czy lepiej w porządne buty do biegania? Jednak to kwestia sporna. I myślę, że w jedno i drugie. Oczywiście biorę również pod uwagę zakup szejków proteinowych. Jednak o tego typu rzeczy wolę zapytać mojego męża. Który on mi poleci. Gdyż on pija tego typu szejki. Dlatego lepiej skorzystać z wiedzy bardziej doświadczonej osoby od siebie.
Ważną rzeczą, która poprawia samopoczucie podczas treningu jest super strój. Także prócz butów moim kolejnym celem jest nabycie nowego stroju do treningu. Wszystko pomału  :)
 Także trzymajcie kciuki. A mój pierwszy koktajl jaki wykonałam był z : garści truskawek, jagód, jednego banana, 2 listków bazylii i 2 łyżeczek wody. Delicja w płynie!
P.S. Ostatnio pisałam, że nawet mój mops prowadzi  fit lifestyle. Dziś dołączył do mnie mój tygrys. Ona też chce być fit!







Zdjęcia wykonałam iPhone 6




Follow my blog with Bloglovin



piątek, 20 maja 2016

No cheat day-tłok w portfelu

Jak na razie leci 3 tydzień mojego wyzwania. Czy widzę już jakieś różnice? Na pewno. Czy ważę się regularnie? Nie. Waga dopiero na koniec mojego wyzwania. Nie chodzi o to ile ważę, a jaki efekt będzie moich ćwiczeń i diety. Dlatego przyrząd do ważenia, czyli waga idzie do lamusa.
Mój ten weeks challenge, to wiele wyrzeczeń. Jednak te wyrzeczenia są tylko małym krokiem do wymarzonej sylwetki. Zapytacie jakie są plusy tego całego wyzwania?

1. W portfelu tłok jak na promocji w Lidlu- w końcu wypady do kawiarni na lody już nie wchodzą w grę.
2. Coraz bliżej do idealnej figury w bikini-lato już blisko.
3. Lepsze samopoczucie, poprzez regularne ćwiczenia.
4. Trenuje silną wolę.
5. Zdrowszy tryb życia. 
6. Duża dawka energii. 
7. Poczucie samozadowolenia wzrasta.

Mogłabym pisać więcej plusów, ale nie o to chodzi. I rozwodzić się nad zaletami ćwiczeń. Zdrowej diety. Sami wiecie o tym, więc darujmy sobie te wstępniaki. O tym jak to fajnie jest.
 Skąd się wziął u mnie ten pomysł? Parę razy natknęłam się w internecie na właśnie tego typu akcje. I stwierdziłam, hej co ci szkodzi też spróbować? Jak się okazuje nic. Regularne ćwiczenia czyli 5 do 6 razy w tygodniu i odpowiednia dieta, to nie tylko wyzwanie względem idealnej sylwetki. To również mała lekcja samoorganizacji i zaparcia. No bo w końcu, trzeba co dziennie pilnować swoich postanowień. A druga sprawa odpowiednio zagospodarować swój czas by ćwiczyć plus znaleźć chwilę na inne rzeczy. Nie chodzi tylko o same wyrobienie mięśni, smukłej sylwetki. A też o nawyk zdrowego jedzenia. I regularnego. Nie chodzi o ekstremalną głodówkę po której efekt jojo jest wielki. Chodzi o racjonalne żywienie. I oczywiście o trzymanie się żelaznej zasady- Żadnych słodyczy. No cheat Day!  Takie dni nie istnieją. To złamanie silnej woli. Poza tym po prawie 8 latach przeprosiłam się z rolkami. Dziś nasz chwilowy romans przemienił się w przyjaźń na dłużej ;-).
Mam nadzieje, że was jakoś zachęciłam do dbania o formę. Najważniejsze to jest to by wierzyć w siebie. Nie musicie wyrzekać się tak jak ja wszystkiego co kusi. W końcu małymi krokami można też do tego dojść. Myślicie, że nie mam gorszych dni i chwil słabości? Oczywiście, że mam. Jednak mam też motywację. I samozaparcie. Postawiłam sobie cel. Idę do niego. Jeśli wy nie wierzycie w siebie, albo bark wam zaparcia- to ja jestem i wierzę w was! Także dupsko w troki i do dzieła! Moje panie i panowie. Nie ma na co czekać. Sukcesywnie i do dzieła! Czy pobiegacie, czy pójdziecie na spacer, basen cokolwiek. Wszystko się liczy. Nawet ograniczenie słodyczy.



P.S. Nawet mops zaczął fit lifestyle :) Bierzcie przykład z niego też !
Good luck! 
Całusy i do roboty! 



Przy okazji kochani zapraszam was na mój fanpage na facebooku:


A także kanał mojego mężna youtube i jego facebook (tak dodam, że być może niedługo pojawi się coś z moim udziałem):



Także dawajcie suby i śledźcie nas na bieżąco! 

Follow my blog with Bloglovin


wtorek, 17 maja 2016

Aktywny i leniwy relaks?

Kochani dziś mała podróż po moim świecie. No tak już od dwóch tygodni jestem w domu. U rodziców w Polsce. Jako, że za punkt honoru wzięłam sobie produktywne spędzanie czasu, tak też robię. Oczywiście nie mówię tylko o moim ten weeks challenge. Pierwszą rzeczą za jaką się zabrałam w domu to porządki wiosenne szafy. Jak mam w zwyczaju przejrzałam całą swoją garderobę wzdłuż i wszerz. I tym sposobem stare rzeczy, których nigdy już nie założę i torebki wylądowały w workach do oddania. Nigdy nie wyrzucam starych ubrań tylko oddaje. Skoro mi już są nie potrzebne to komuś innemu mogą się przydać. Taka mała prywatna moja działalność charytatywna.
Następną rzeczą jaką zrobiłam były zakupy. Niestety, jak zapewne wiecie nasze Niemieckie sąsiadki w bardzo wielkim procencie aż 80%, nie mają gustu do ubrań. Co za tym idzie rzeczy pozostawiają wiele do życzenia. Poza tym zakupy tutaj bardziej mi się opłacają. Jeśli idzie o ceny. W końcu zarabiać w euro a wydawać w złotówkach to gratka.
Kolejna bardzo ważna kwestia. W końcu mogę nadrobić swoje zaległości książkowe. Tyle ciekawych pozycji literackich na mnie czekało. I teraz mam czas by to nadrabiać. A jako, że z książką mogę spać to jestem po prostu przeczytana. Jak na razie. Jednak takie słowo w moim słowniku nie istnieje. Bo już zbieram energię na nowe kąski. O tak ząbki już mam zaostrzone. Zwłaszcza, że na tą chwilę pogoda pozostawia wiele do życzenia. Niby jest maj a ostanie dni są tak zimne. Brr. Straszna pogoda. Aż nie chce się wystawiać nosa poza dom.
Jako, że bardzo lubię chodzić do kina, to również nadrabiam te zaległości. Czemu, skoro w Niemczech też są kina? Ano, nasi sąsiedzi mają wszystkie filmy z dubbingiem. Co za tym idzie James Bond po niemiecku albo Capitan America. Dlatego teraz chodzę tylko na filmy po angielsku i z napisami! Nie ma nic lepszego, niż oryginalny głos aktora. Skoro już jesteśmy przy angielskim. To mój pobyt tutaj owocuje również w intensywną naukę angielskiego. W końcu nie ma czasu tylko na same przyjemności. Oczywiście, jako że moi kochani rodzice chodzą do pracy a ja jestem na swoim urlopie, to niestety robię za darmową siłę sprzątającą. W końcu mam czas. Nie narzekam. Czasami dobrze jest tak odpocząć od szarej codzienności na przysłowiowych starych śmieciach. Zresztą brakowało mi chrapania mojego mopsa. Dobra nie aż tak, ale jednak. I kolejnym plusem jest tłok w portfelu. Tu należy mrugnąć okiem, nie ma to jak u rodziców.
I najważniejsze! Kuchnia. Lekkostrawna, nie tłusta i nie tucząca. Przeciwność niemieckiej. Plus mój ten weeks challenge. Zresztą dostęp do orbitreka 24 na dobę. A powiem wam, że stał już kurzem porośnięty jak mnie nie było tak długo. Pewnie będzie za mną tęsknił jak wrócę do siebie. Ja za nim też. Bo co idzie za tym, trzeba będzie wykupić karnet na siłkę w domu. Nie ważne. Tym będę się martwić później.
Jak na razie czekam na ładniejszą pogodę. I planuję co by tu dalej robić. A także spędzam aktywnie i owocnie swój pobyt w Polsce. Ba nawet nie przesypiam 12 godzin, a równo 7.
A jak jest u was? Aktywnie, produktywnie czy leniwy relaks? A może polecacie jakąś ciekawą książkę? Albo film. Czekam na propozycje.
Całusy! 









Zdjęcia wykonałam iPhone 6


Follow my blog with Bloglovin

niedziela, 15 maja 2016

Ten weeks challenge- moja metamorfoza

Cześć kochani. Ostatnio były posty z cyklu mój przewodnik po świecie. Dziś trochę wrzucę na luz. Mianowicie nie będzie postu o podróżach. Relaks nikomu nie zaszkodzi :) Dlatego postanowiłam pokazać wam moją przemianę. Tak, powrót do domu służy. No i postanowiłam skorzystać z małych zabiegów upiększających. Plus rozpocząć "ten weeks challenge". 
Jak wygląda moja zmiana to przekonacie się na zdjęciach :



Pierwsze co zrobiłam po powrocie do Polski to… włosy. Rozjaśniłam. I dalej jestem w procesie rozjaśniania. Kosmetyczka i te sprawy. Zakupy. Wydaje mi się, że zmiana na korzyść. Jednak nie mi oceniać. Ze spodni postawiłam na spódniczki. Czyli bardziej kobiecy look. Oczywiście nie rezygnuje ze spodni całkowicie. Kolejną przemianą jest moja dieta. Jako, że samymi ćwiczeniami sylwetki nie zrobi się just like that, postanowiłam zwrócić uwagę na to co jem. Mianowicie zero pieczywa białego. Koniec ze słodyczami od ponad 3 tygodni. Same warzywa. Zero ziemniaków, ryżu, śmietan, serków itp. Innymi słowy koniec z zapychaczami. Nie jem również wieprzowiny, wołowiny. Drób i ryby to podstawa. Oczywiście jedyny napój to woda niegazowana i kawa. Jeśli idzie o owoce tylko cytrusy.  Plus ćwiczenia: 40 minut na orbitreku na poziomie 12. 15 minut ćwiczeń na ręce. Przysiady z obciążnikami. Rowerki. Rolki. Brzuszki. Jakie są efekty? Dobre. Jednak na ideał wciąż pracuje. Jak to mówią ideały nie istnieją, ale dobrze ja pracuje na swój własny. Jakie będą efekty? Na to musicie poczekać ;) A tu małe co nie co z wczoraj.



Zdjęcia wykonałam iPhone 6


Follow my blog with Bloglovin

niedziela, 8 maja 2016

Petersburska dama

Kiedy w grę wchodzą wakacje to nie ma żadnych kompromisów. Dokładnie. Też macie tak, że nie wiecie nadal gdzie pojechać? Dlatego jestem tutaj z moim mini cyklem przewodnikowym. Czyli taki mały świat moich własnych podróży. I właśnie zapraszam was do odkrywania nowego miejsca. Czy idealnego na wakacje dla was, to sami ocenicie. 

Dziś zabieram was w dość nietypowe miejsce. Mroczne. Kontrowersyjne. Bogate. I piękne. Witamy w Sankt Petersburgu. Mieście białych nocy i Dostojewskiego. A także mieście Anny Kareniny. Innymi słowy raj dla romantyków. I fanów literatury rosyjskiej. Poza tym kto nie chciałby poczuć się jak car wśród złotych pałaców. No i odetchnąć tym tajemniczym i klimatycznym powietrzem?
Petersburg najpiękniejszy jest nocą. Dlatego jadąc tam na wycieczkę ważne jest by koniecznie jedną noc poświęcić na pływanie statkiem. Magia. Mickiewicz pisał, że miasto to narodziło się na kościach niewolników. Miasto Piotra I. Pierwotnie Piotrogród, później Leningrad. Jednak ten kawałek historii pomińmy. Nie mi tu rozpisywać się o wojnach. Ani o polityce.
Co jest ważne w Petersburgu? Nie musisz korzystać z komunikacji miejskiej aby wszędzie się dostać. A czemu? Ano wszędzie warto chodzić na piechotę mimo odległości. Im więcej wchłoniemy tego specyficznego klimatu tym więcej będziemy doceniać tą wycieczkę. Podziwianie cerkwi, które wyglądem przypominają lukrowane pączki. A w środku są tak piękne, że zapiera nam dech w piersiach. No i oczywiście pałace. Przepych. Złoto i bogactwo. Od razu wchodząc do takiego cuda czujemy się niczym carowie, którzy przechadzali się po tych korytarzach. Któż nie chciałby poczuć się jak potężna Katarzyna? Z taką władzą, ba z takimi pałacami? Ermitaż, Peterhof, Pałac Zimowy… Najwięksi fani architektury, sztuki i kultury będą oczarowani.
Przejdźmy do kwestii noclegowych i płatności. A także pytania co z wizą? Hotele, hostele nie są w Rosji drogie. Dlatego tym nie martwicie się. Płatności- hmm z racji tego, że czasami trudno jest dostać rubla warto wyposażyć się w dolary. A na walutę Rosyjską zamieniać sobie już na miejscu. Jeśli idzie o wizę. Wizę, a właściwie zaproszenie dostajemy od razu po zamówieniu hotelu.  Jedyne formalności to formularz wizowy. I to na tyle. Także jeśli obawiacie się jakiś problemów na tym gruncie. To śmiało mogę wam powiedzieć, że nie ma żadnego problemu.
Teraz czas na to co mnie tam męczyło. Kuchnia. Nie jestem fanem tłustej i ciężkiej kuchni. A taką nam serwują w Rosji. Fakt desery, czekolady i alkohole mają wysokiej jakości. Natomiast kuchnia to moja zmora. Nie będę więcej narzekać by nikomu nie obrzydzić. Co dalej? Otóż ceny. Kupiłam tam najtańszego VOGUE w całym swoim życiu. 200 rubli. Nic. To jest nic. I tak tam jest nie przepłacicie. Jakie pamiątki kupować? Matrioszki i jajka faberge. Jednak jeśli chcecie kupić najładniejsze to śpieszcie się. Bo jak przypłynie statek z Japończykami to już nic nie kupicie. Oni wykupują całe sklepy. Dosłownie!! Warto również kupić sobie coś ze złotych wyrobów. Naprawdę piękne cuda można znaleźć. Ja zainwestowałam w kolczyki. Oczywiście prócz szaleństw zakupowych warto odwiedzić te najpiękniejsze stacje metra. Niestety można robić zdjęć. Podobno najpiękniejsze metro jest w Moskwie. Aczkolwiek te w Petersburgu są niesamowite. Warto również zaopatrzyć się w coś z futra. Oczywiście jeśli jesteście fanami. Wyroby są bardzo ładne i gustowne.
Na co warto zwrócić uwagę:
- inne mieszkania dostają turyści zagraniczni niż ci z Rosji. Mianowicie Rosjanie dostają gorsze mieszkania i pokoje
- cenny biletów metra są bardzo tanie
- inne ceny mają bilety wstępu dla Rosjan inne dla zagranicznych turystów
- temperatura jest w Rosji chłodniejsza
- warto kupować wycieczki w hotelach z przewodnikiem
Co najważniejsze najlepiej jechać na dwa tygodnie. Tylko w ten sposób można zwiedzić wszystko. I oczywiście oddać się klimatowi miasta ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego. Poza tym kto nie chciałby poczuć się jak Petersburska dama Anna Karenina. Trochę romantyczności nigdy nie zaszkodzi.
Wkrótce następne miasto :)



















Zdjęcia wykonałam iPhone 6

Follow my blog with Bloglovin

czwartek, 5 maja 2016

Z serem i winem w kieliszku w Szwajcarii.

Tak jak obiecywałam wracam. Nie zniknę już na dłużej. I zgodnie z tym co mówiłam, jako że zaczął się maj rozpoczynam cykl blogów o idealnych miejscach na wakacje według mnie. Czyli polecone i sprawdzone zakątki Europy i nie tylko. 

Idą wakacje. Pierwsze myśli gdzie pojechać pojawiają się już na początku maja. Kiedy to klimat gorącej majówki krzyczy nam w twarz- czas pomyśleć o urlopie albo chce jeszcze więcej relaksu. I tu nasze pierwsze myśli krążą już wokół jakiś ciepłych krajów. Najlepiej żeby było gorąco i blisko plaży. Z drinkiem z palemką w ręku nad basenem. I właśnie tutaj postanowiłam wyłamać się z kanonu gorących wysp. Moja propozycja jest dość niekonwencjonalna i nie popularna. Aż tak bardzo. A mianowicie Szwajcaria-Genewa. Francuska Genewa. Pełna banków. Otoczona jeziorem Genewskim. Masą chińskich turystów. A do tego dyskretnym luksusem. I wbrew pozorom idealnym miejscem by nabyć markowe ubrania od Valentino, Gucci czy Prady po dość przystępnych cenach.
Jeśli myślicie, że Genewa jest drogim miastem, to nie będę was okłamywać. Ceny są takie jak w Polsce tylko we Frankach. Jednakże wyjazd na wakacje nie polega na tym by przeliczać co ile kosztuje. Dlatego nie liczcie na to, iż będę tutaj coś przeliczać. Idealnym miejscem noclegowym jeśli planujecie wyjazd do Genewy na własną rękę najlepiej jest zatrzymać się w mieście po stronie Francuskiej. Z racji tego, że koszty są lekko niższe a standardy bardzo wysokie. Także mamy więcej pieniędzy na przyjemności.
Wycieczka do Genewy może wydawać się mało atrakcyjna. Jednak mimo tego, iż jest to miasto raczej małe i nie przepełnione zabytkami jest parę wartych zobaczenia rzeczy. Pierwsza z nich to muzeum zegarków Patek Filipe. Niestety nie przedstawię wam zdjęć z muzeum, gdyż nie można tam wykonywać żadnych zdjęć. Nie trzeba być pasjonatem zegarków by tam iść. Warto popatrzeć na bogate złote kolekcje z różnych epok. Zegarki w wachlarzach, talerzach. Oczywiście będąc w Genewskiej części Szwajcarii warto wybrać się do CERNu. Inaczej Europejskiej organizacji badań jądrowych. Rezerwacje wycieczki indywidualnej należy dokonać z 3 miesięcznym wyprzedzeniem. Są dwie możliwości językowe: farncuska lub angielska. Obojętnie na jakim poziomie masz, któryś z tych języków warto się tam wybrać. Choćby z czystej ciekawości.
Szwajcaria, ser szwajcarski. Czyli kolejny obowiązkowy punkt programu. Zjeść ser w królestwie sera. Wybrać się na przechadzkę wzdłuż jeziora Genewskiego. Zobaczyć fontannę. Wykąpać się jeśli pogoda na to pozwoli. Kolejny obowiązkowy punkt to wizyta w ONZcie.
Niestety Genewa nie jest zbyt atrakcyjnym miastem turystycznie. Jest mała. Nie jest typowym miejscem gdzie lecą tłumy ludzi. Jeśli ktoś decyduje się na wyjazd tam to nie po to by leżakować na plaży a zwiedzić trochę.
Kolejną ciekawostką są zakupy. Fakt jest to kraj drogi. Jednak jeśli idzie o sprzęty i inne rzeczy Szwajcarzy mają niski podatek. Także jeśli marzy wam się jakiś elektroniczny gadżet warto go tam kupić. Cena jest tańsza niż w Europie. No i jak pisałam wcześniej okazje ubraniowe są naprawdę warte grzechu. A jeśli macie dużo gotówki to zapraszam na równoległą ulicę główną gdzie w żadnym sklepie nie ma ceny. :) Co ciekawe w Genewie większość turystów to: Japończycy, Chińczycy, Rosjanie i Arabowie.
Genewa jest bardzo bezpiecznym miastem. W nocy rozkwita życie nocne. Wszystkie lokale latem wystawiają stoliki i puszczają głośną muzykę. Niestety ceny drinków nie są zbyt zachęcające. Aczkolwiek na jedną małą przyjemność można sobie pozwolić. Warto udać się do [prawdziwej włoskiej pizzerni w centrum miasta. Gdzie każdy kelner jest prawdziwym Włochem. A co najważniejsze pizza jest przepyszna. Oraz do Tea-Room Martel gdzie znajdziecie najlepsze desery ze Szwajcarskiej czekolady i najlepsze lody miętowe. Ach i zapomniałam najważniejszy punkt i najgrzeszniejszy- czekolada. Warto kupić tam jak najwięcej czekolady się da. Pyszna. Jeśli lubicie ciężką kuchnie, to taką znajdziecie tutaj. Szwajcarzy lubują się w małym śniadaniu i ziemniaczanym obiedzie. Najlepiej z serem, ziemniakiem i winem w kieliszku.
Mam nadzieje, iż zachęciłam was do wybrania się tam na wakacje. Idealna długość by zobaczyć wszystko to od 10-12 dni. Najlepiej w lipcu. Wtedy jest najpiękniejsza pogoda. Warto czasem zmienić kierunek wakacyjny na ten mniej popularny. Gwarancja rozczarowania- mała ;)
 Wkrótce następny post wakacyjny. Tak jak mówiłam tym razem bloga prowadzę z Polski. 


















Zdjęcia wykonane iPhone 

Follow my blog with Bloglovin